miało być o przyjaźni

Tekst ten zaskoczył mnie znienacka, niczym urodzinowa impreza niespodzianka. Niby nie odrzucasz prawdopodobieństwa, że może się wydarzyć. Ale mając już w głowie swój plan, nie skupiasz się na innych opcjach. Do czasu, jak nie wejdziesz do swojego mieszkania i nie usłyszysz: „Niespodzianka!”.

A wszystko zaczęło się tak.

Do podjęcia tematu przyjaźni przymierzałam się już od dłuższego czasu. Na początku wydawał mi się - nawet mimo tego, że chciałam osadzić go w kontrze do stereotypowego podejścia - dosyć oczywisty. Oczywisty w rozumieniu „wiem, co chcę przekazać, nie mam wątpliwości”. Miesiące świadomej obserwacji pozwoliły mi zadać odpowiednie pytania i odpowiedzieć na nie z wystarczającą pewnością siebie. Stanowisko w sprawie zostało wyklarowane. Bez zawahania zatem zabrałam się za pisanie. Słowa szybko zapełniły kartki. Kartki szybko zapełniły się słowami. Jedyne, co pozostawało, to opublikować tekst na stronie. Ale… nie zrobiłam tego. Z nieuświadomionych na tamten moment przyczyn postanowiłam dać mu jeszcze chwilę na pobycie w mojej przestrzeni. Albo dać sobie jeszcze chwilę na pobycie w jego przestrzeni.

I oto dosyć szybko zaczęły się wydarzać rzeczy, które sprawiły, że zaczęłam odczuwać potrzebę aktualizacji tekstu. Tekstu, przypomnijmy, w zasadzie dopiero co skończonego. Czułam się jak malarka, która postawiła w przedpokoju swój obraz, po który za kilka dni ma przyjechać kurier, żeby zabrać go do galerii, a ona pewnego ranka idąc z łazienki do kuchni, żeby zrobić poranną kawę, myjąc jednocześnie zęby, zerknęła na niego kompletnie niezamierzenie i zorientowała się, że już nie przedstawia się on w stu procentach tak, jak dzisiaj by go namalowała. Co zrobić? Mimo tej obserwacji zignorować ją i zachować dotychczasową treść i formę? Jak wiele się zmieniło? Czy na tyle nieznacznie, że wystarczy kilku elementom nadać nową formę? A może w ogóle wziąć kolejne czyste płótno i rozpocząć od nowa? I jaką mam gwarancję, że sytuacja się nie powtórzy? A tutaj akurat mam pewność - nie mogę sama sobie niczego zagwarantować. Powiem nawet więcej - to nie jest tak, że w momencie, kiedy piszę te słowa, odczuwam w sercu wszechogarniającą klarowność, dającą jednoznaczne odpowiedzi. Myśli przychodzą z trudem i z lekkością odchodzą. Drugie wypierają pierwsze, a trzecie nadają zupełnie niespodziewanego kolorytu, przez co całość zmienia swoją kompozycję.

Szczerze mówiąc, nie jest to najprzyjemniejszy stan na pisanie. Koncept wydawał mi się przynajmniej w jakimś wąskim zakresie opanowany. Może nie na poziomie wyrycia w kamieniu, ale powiedzmy że na poziomie wypowiedzenia w rozmowie z przyjacielem. A okazuje się, że ciągnie za rękę powściągliwość i jej, nomen omen, przyjaciółkę odpowiedzialność. Odpowiedzialność za każde wysłane w świat słowo. Słowo, które aktualnie wydaje się tak niedoskonałe. (I tu pcha mi się pod palce stwierdzenie „jeżeli to, co mówisz, nie jest piękniejsze od ciszy, lepiej zamilcz” - Éric-Emmanuel Schmitt. O ciszy też będzie. Następnym razem. Aktualizacja: albo jeszcze kolejnym razem.) A jednocześnie czuję, że to jest najlepszy czas na ‚finalne’ zapisanie przemyśleń. Bynajmniej przemyśleń finalnych. Stan ten bowiem jest naturalną konsekwencją mojej decyzji o otwartości na nieustanną zmianę. Zmianę siebie. Zmianę postrzegania siebie. I gotowości na doświadczanie. Doświadczanie świata poprzez siebie. Doświadczanie siebie poprzez siebie. Decyzji o daniu sobie prawa do budzenia się codziennie z akceptacją tego, co sama sobie chcę pokazać, co sama sobie chcę uświadomić.

Dzięki temu w krótkim czasie pojawia się kilka koncepcji na ten sam temat.

Przez to w krótkim czasie pojawia się kilka koncepcji na ten sam temat.

Eureka! Rozwiązaniem jest szybsze pisanie i publikowanie!… Taki żarcik. I jednocześnie absolutnie poważne stwierdzenie. No bo należałoby wysnuć słuszny skądinąd wniosek, że jeśli będę zbyt długo zwlekać, to nigdy niczego nie opublikuję. Treści będą się dezaktualizować, nie pozwalając mi na utożsamienie się z nimi i czyniąc publikację przestarzałą, żeby nie powiedzieć nieszczerą. Można natomiast pójść jeszcze jeden krok dalej. Bo nawet jeśli tekst opublikuję, to czy powinnam go już nigdy nie czytać? No bo wypadałoby po jakimś czasie usunąć artykuł ze strony. Skoro z definicji się zdezaktualizuje… A dodatkowo, jakby na to nie patrzeć, pisanie w pierwszej osobie liczby pojedynczej jest pewną formą obnażenia się. Tworzę, na szczęście świadomie, przestrzeń, która ułatwia czytelnikom postawienie znaku równości między tekstem a osobą ten tekst piszącą. Pozostawię artykuł na stronie, a za rok, dwa ktoś po niego sięgnie i potraktuje go jako aktualny. Spojrzy na mnie przez jego pryzmat. A ja będę już lata świetlne dalej, eksplorując kompletnie inne przestrzenie i nie będę już osobą piszącą dzisiaj te słowa. Taki klops…

Ps. Cały ten artykuł miał być wyłącznie wstępem, obejmującym co najwyżej jeden akapit, do pierwotnie planowanego tematu przyjaźni. Jak widać, przekształcił się w autonomiczny byt. Byt, co do którego nie mam pewności, czy będzie interesujący dla kogokolwiek poza mną. Dodatkowo postanowiłam jeszcze bardziej zaryzykować i nie zamykać go ni wnioskami, ni klamrą - one wszakże się naszybciej przedawniają. Pozostawiam go do swobodnej lektury.

Zdjęcie od:
Nur Yilmaz