Przyjaźń. Słowo, z którym stykamy się codziennie. Nie raz. Nie dwa. I nie trzy. Nieustannie. Odmieniane przez wszystkie przypadki (choć wołacza nie do końca jestem pewna w dzisiejszych czasach).
.tu jeszcze nie będzie o przyjaźni
Zanim przejdę do samego tematu, podzielę się z mojego punktu widzenia istotną kwestią. Otóż przyjaźń to relacja, której przynajmniej jedną stroną jest człowiek. A przynajmniej o takiej charakterystyce przyjaźń będę rozpatrywać. A każdy człowiek jest sobą i ma niepodważalne prawo do bycia sobą. I do postrzegania wszystkiego, a w szczególności relacji, z perspektywy własnych doświadczeń, obserwacji, potrzeb. To, co przeczytasz poniżej, podlega dokładnie tym samym zasadom. Jest to zapis przemyśleń, może nawet i rozterek, MOICH. Wypełniających przestrzeń w głowie MOJEJ. Wynikających z doświadczeń, obserwacji i potrzeb MOICH. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że nie będą się one pokrywać z TWOIMI. W zasadzie nawet jestem pewna, że tak będzie. Fakt, że Ja swoje myśli spisałam tutaj, a Ty odczytasz je z perspektywy czytelnika, czytelniczki nie sprawia, że istnieje jakakolwiek relacja lepszości-gorszości między nimi. Podkreślam to na co dzień i podkreślę również i tu, że nie mam (jak również nikt inny) monopolu na prawdę. A przy tym temacie zdecydowanie bardziej niż przy innych widzę wartość w zadaniu odpowiednich pytań, nie udzielaniu odpowiedzi.
.o przyjaźni zaczyna się tutaj
Pierwotny tytuł tego artykułu brzmiał: po co nam są przyjaciele? Grubo, co? Nawet całkiem grubo. Z pewnością przekornie, przewrotnie, a może nawet kontrowersyjnie. No bo jak to: po co nam przyjaciele? Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że przyjaciele są potrzebni, żeby nie powiedzieć - niezbędni. Do czego? Przede wszystkim do tego, żeby razem z nimi iść przez życie. Albo: żeby oni szli razem z nami przez życie. Są najbliżsi, zaraz po rodzinie. Mają nas wspierać w trudnych momentach, obierać nasze zrozpaczone telefony w środku nocy. I zawsze przyznawać rację, a przyjemniej stać po odpowiedniej stronie barykady, kiedy się z kimś konfliktujemy. Być z nami na dobre i na złe. Partner może odejść, zdradzić, skrzywdzić. Ale przyjaciel? Przyjaciel to ktoś więcej niż partner. Przyjaciel trwa przy Tobie, kiedy partnerzy przychodzą i odchodzą.
Relacje przyjacielskie były, są i będą. Zawsze. No więc po co, ja Renia, wkładam przysłowiowy kij mrowisko albo też szukam w całym dziury (również tej przysłowiowej)? Otóż ani o kij, ani o dziurę chodzi. Raczej o zatrzymanie się na chwilę i poobserwowanie tego jakże ułożonego (?) i zdefiniowanego (?) świata. Nie negowanie, nawet nie kwestionowanie, ale zadanie sobie pytań: „dlaczego?”, „po co?”. Powrót do ciekawości małego dziecka, które z uporem maniaka dopytuje się raz za razem o te wszystkie rzeczy, które dorośli traktują jako oczywiste oczywistości. Spojrzenie na znany świat jak na nieznany.
Usłyszeć można, że jak ktoś nie ma przyjaciół, źle to o nim świadczy. Zdajemy bać się takich ludzi. Człowieka bez kręgu przyjaciół postrzegamy trochę jak czterdziestolatka, który nigdy nie był w związku. Już lepiej, jak jest po rozwodzie. To przynajmniej oznacza, że kiedyś ktoś go chciał. (Kompletnie oczywiście w ten sposób ignorując przyczyny zakończenia jego relacji. A kto był w związku z narcyzem, ten wie, o czym mowa.) Ale taki wieczny kawaler? Podejrzany. Podobnie jak człowiek, który nie ma przyjaciół. Niechby chociaż jednego miał. Ale takiego od serca. Najlepiej od podstawówki albo szkoły średniej. Studia też w ostateczności wchodzą w rachubę. Ewentualnie, ale to bardzo ewentualnie, w grę wchodzi również nazywanie swojego partnera najlepszym (w domyśle - jedynym) przyjacielem.
A co, jeśli zaprzyjaźniliśmy się, przyjaźnimy się, zaprzyjaźnimy się z kimś, żeby nie być samemu, samej i przez to społeczeństwo na nas spod ukosa nie patrzyło?
Przyjaźń szczera nie umiera. O proszę. Poprzeczka rośnie. Już nie wystarczy przyjaźnić się z kimś od jak najwcześniejszych dni naszego życia. Na wartość przyjaźni wpływa również czas jej trwania. Zacytowane przysłowie, powiedzenie nie pozostawia nam złudzeń. Jeśli nie jest to relacja wieczna (bo skoro nie umiera, to jest ponadczasowa), to nie możemy mówić o przyjaźni. A już na pewno nie o przyjaźni prawdziwej. Trochę to przypomina mechanizm waloryzowania miłości. Wzruszamy się na padające w trakcie przysięgi małżeńskiej słowa „i nie opuszczę Cię aż do śmierci”. A przecież powiedzieliśmy wcześniej, że przyjaźń ma przetrwać nawet największe miłości. Taka płynie z tych rozważań porada: jak zorientujesz się, że zaczynasz się z kimś przyjaźnić, zatrzymaj się i zastanów się dobrze, czy chcesz kontynuować tę znajomość. Bo drogi odwrotu już nie będzie.
A co, jeśli nie zakończyliśmy, nie kończymy, nie zakończymy z kimś przyjaźni ze strachu, żeby licznik „prawdziwych przyjaźni” nie spadł do zera?
Jeden stary przyjaciel jest lepszy od dwóch nowych. Tak że ten… Żebyś się nie pomyliła, nie pomylił przy arytmetyce i przez przypadek nie przeceniła, nie przecenił świeżych przyjaźni… To teraz trochę bardziej z własnego podwórka. „Jak możesz jej/ jemu tak bardzo ufać?” „Jak możesz jej/ jemu powierzać największe sekrety swojego życia?” „Jak mogłaś jemu/ jej powiedzieć o rzeczach, o których nawet mi nie powiedziałaś?” „Jak możesz ją/jego nazywać przyjacielem? Przecież znacie się zaledwie od kilku miesięcy.” Każde z tych pytań usłyszałam przynajmniej raz w życiu. Nie zaskoczę pewnie mówiąc, że miało to miejsce głównie w ostatnim czasie. Czasie, kiedy już od dłuższego czasu żyję bardziej po swojemu, a mniej po ichniejszemu. A jednym z elementów swojego życia jest absolutna szczerość i otwartość względem tych ludzi, na których chcę się otworzyć i z którymi chcę być szczera. Bez względu na dotychczasowy czas spędzony razem. Bez konieczności uprzedniego zweryfikowania, czy „zasługują” na bycie tak intymnie potraktowanym. Tak po prostu. Instynktownie. Intuicyjnie.
A co, jeśli nie pozwalaliśmy, nie pozwalamy, nie pozwolimy sobie na rozpoczęcia przyjaźni z obawy o bycie zranioną, zranionym, wykorzystaną, wykorzystanym, ocenioną, ocenionym?
Powyższe to tylko pojedyncze wybrane przekonania o przyjaźni, otaczające nas nieustannie. Hołdujące przyjaźni i jej znaczeniu w życiu. Można znaleźć o wiele mocniejsze, np. Nawet gdybyś dał człowiekowi wszystkie wspaniałości świata, nic mu to nie pomoże, jeśli nie ma przyjaciela, któremu mógłby o tym powiedzieć- Catharina E. Goethe. Lub słodsze Kubusio-Puchatkowe Dzień bez przyjaciela jest jak dzbanek, w którym nie ma nawet kropelki miodu. A jeśli nie zawsze to uczucie jest czyste w swojej formie? Jeśli obudowujemy obraz naszych przyjaciół masą oczekiwań, których spełnienia będziemy oczekiwać niezależnie od tego, czy oni będą tego chcieć czy nie?
No bo przecież prawdziwy przyjaciel pamięta o urodzinach: JA - MÓJ przyjaciel - pamięć - MOJE urodziny - JA
No bo przecież prawdziwy przyjaciel pomoże, gdy będę mieć problemy w pracy: JA - MÓJ przyjaciel - pomoc - MOJE problemy - JA
No bo przecież prawdziwy przyjaciel będzie się cieszył moim szczęściem: JA - MÓJ przyjaciel - radowanie się - MOJE szczęście - JA
No bo przecież prawdziwy przyjaciel (…wstaw dowolne…):JA - MÓJ przyjaciel - (...…...) - MOJE (...…...) - JA
A co, jeśli przyjaźniliśmy się/ przyjaźnimy się/ będziemy się przyjaźnić z egoistycznych pobudek (…wybierz dowolną…) własnego ja?
Celem moich dzisiejszych rozważań nie było zakwestionowanie przyjaźni jako takiej. Ani też poddanie w wątpliwość czystości intencji osób przyjaźniących się z innymi. Można je potraktować jako zaproszenie do autorefleksji na temat swoich relacji. Może to Cię doprowadzi do jakichś ciekawych wniosków… Ja na przykład świadomie zrezygnowałam z nazywania relacji (koleżeństwo, przyjaźń, znajomość), przez co nie jestem w stanie podpiąć pod nie żadnych reguł i przekonań. A to z kolei tchnęło w nie powiew wolności i lekkości, choć nie zawsze ta transformacja była lekka dla współtowarzyszy mojego życia. Tym, którzy pozostali, dziękuję. Za bycie. Za bycie kimkolwiek chcą.
