O dziewczynie, która pewnego dnia stanęła przed lustrem. I bynajmniej nie po to, żeby sprawdzić, jak wygląda w nowej sukience.
Hejka! Dzisiaj podzielę się z Tobą kawałkiem mojej własnej, osobistej historii. Historii, kiedy WSZYSTKO się zaczęło. A zaczęło się całkiem... Nie, nie niespodziewanie. Ani nie przypadkowo. Ani nie nagle. Zaczęło się całkiem świadomie i od razu na poważnie. Ale od początku.
Na pewnym etapie życia zaczęłam poszukiwać prawdy. Nie tej absolutnej, jedynej, uniwersalnej, dotyczącej całego wszechświata. Chodziło mi o prawdę na temat wydarzeń, które układały się w film pod tytułem 'Renata'. Kim była jego główna bohaterka? Ale tak naprawdę, tak od środka. Co by w niej pozostało, gdyby odrzuciła wszelkie filtry zewnętrznych atrybutów? Co o niej samej mówiło jej życie? Teoretycznie wszystko układało się w porządku. Dzisiaj powiedziałabym - większość oczekiwań, jakie stawia przed jednostką społeczeństwo, państwo, świat, spełnianych było przeze mnie na poziomie wzorowym. Od kilku już lat dzierżyłam w dłoni dyplom zdobyty na jednym z najtrudniejszych kierunków studiów w Polsce. Cieszyłam się dopiero co zakupionym mieszkaniem - i to w stolicy. Miałam dobrą pracę, całkiem sporo przyjaciół, płaciłam podatki i nie rzucałam papierków po cukierkach na chodnik. Żyłam, nie doświadczając większych problemów. Wszakże przez kilka ostatnich lat nie byłam.w żadnym związku, a z poprzednich nie wyniosłam ani dzieci, ani przynajmniej statusu rozwódki. Ale nawet i z tym rodzina zdążyła się juź pogodzić. No i w końcu przecież nie wszystko kręci się wokół miłości.
Prawda jest jak oliwa. Zawsze wypłynie na wierzch. Reguła ta nie ominęła również mnie. W pewnym momencie zaczął bowiem mniej lub bardziej, ale w sposób nie pozwalający mi obok tego odczucia przejść obojętnie, doskwierać wewnętrzny dyskomfort. Nie za bardzo siebie lubiłam, nie wszystkie decyzje podejmowałam w zgodzie ze sobą. Nie spędzałam czasu przed lustrem. Owszem, miałam lustra w domu, nawet całkiem spore. Potrafiłam spędzać przed nimi sporo czasu. Ale nigdy nie patrzyłam we własne oczy. Do tego potrzeba odwagi. A u mnie na tamten czas odwagę zdążyła pokryć gruba warstwa kurzu. Dużo czasu spędzałam w związku z tym robiąc cokolwiek, a w zasadzie to robiąc wszystko, byleby tylko nie zostać ze sobą sam na sam. I nie było to zbyt trudne. Otoczona przez przyjaciół, kumpli i koleżanki poznawanych na kolejnych projektach, zawsze znalazł się ktoś, kto miał ochotę się spotkać albo wyjechać gdzieś razem. Dodatkowo, mieszkając w stolicy, na wyciągnięcie ręki czeka cały wachlarz możliwości: kina, teatry, kluby, kawiarnie, wszelkiego typu obiekty sportowe, weekendy wypełnione wydarzeniami - kimkolwiek jesteś, zawsze znajdziesz coś odpowiedniego dla siebie. Zawsze znajdziesz furtkę, przez którą wymkniesz się niepostrzeżenie z własnego podwórka. I ja robiłam to regularnie.
Aż któregoś dnia powiedziałam dosyć. Dosyć uciekania. Dosyć okłamywania siebie samej. Dosyć udawania szczęścia i spełnienia, kiedy tak naprawdę zupełnie ich nie czułam. Ten wewnętrzny dyskomfort, o którym wspomniałam wcześniej, przestał już domagać się zauważenia. Ignorowany, wylał się całą mocą na wierzch. A raczej ja wypuściłam go z zamkniętej butelki. Pewnie podobnej do tej, w której było czerwone wino, które zakupiłam tego dnia. Pierwotnie miałam iść wieczorem do kina. Znowu uciec. Ale zmusiłam się do pozostania we własnych czterach ścianach. Zamknęłam sama siebie. Niczym rodzic, nie pozwalający nastolatkowi pójście na kolejną imprezę - w trosce o jego zdrowie, bezpieczeństwo i przyszłość. Otworzyłam więc tę butelkę wina i siadłam na materacu w sypialni. Schowałam daleko wszelkie odwracacze uwagi: komputer, telefon, książki. Zostałam sama ze sobą. Zajrzałam we własne wnętrze... Zaczęłam płakać... Wcale, ale to wcale nie było mi dobrze. Musiałam przyznać, że absolutnie nie lubię siebie samej. Że ta miła, sympatyczna, zawsze uśmiechnięta dziewczyna jest dobra dla innych. Ale nie traktuje z taką samą czułością siebie. Że dba bardziej o innych niż o siebie. Że ucieka od niewygodnych prawd, uciekając w ten sposób od samej siebie. To był ekstremalnie trudny wewnętrzny dialog. Monolog. Obserwacja. Spędziłam tak co najmniej trzy wieczory. W dzień robiłam to, co zwykle, byłam tą samą Renatą, co zawsze. A wieczorem wracałam do swojego świata. świata totalnie rozregulowanego. Pełnego wyrzustów do samej siebie. I troski o samą siebie jednocześnie.
Ostatniego dnia pobytu w tym moim prywatnym więzieniu, w odcięciu od świata zewnętrznego, zasiadłam do komputera. Zaczęłam szukać sposobu na wyjście z zaistniałej sytuacji. Dzisiaj już wiem, że szukałam sposobu na odnalezienie siebie, na powrót do siebie. Znalazłam i spróbowałam może nie wielu, ale kilku rzeczy. Nie będę o nich tutaj wspominać, gdyż z perspektywy czasu, na bazie przeżytych doświadczeń i poźniejszych refleksji, po prostu ich nie rekomenduję. W ogóle wybór jakiejkolwiek ścieżki, w której uczestniczy inny człowiek wymaga, w mojej opinii, dobrego połączenia ze sobą i czucia. Nie chodzi tu wyłącznie o ryzyko bycia wykorzystwanym przez tzw. złe osoby, ale niejednokrotnie te dobre nie są świadome, w jakich rytuałach uczestniczą. Ale to wątek na zupełnie osobną opowieść. Kompletnie nie pamiętam, w jaki sposób, idąc po której nitce dotarłam do kłębka zwanego hipnozą regresyjną. Nie pamiętam również przemyśleń po obejrzeniu pierwszych nagrań z sesji. Z pewnością mogę powiedzieć, że nie było to dla mnie nic wyjątkowego, zdumiewającego. Nie zachłysnęłam się tym tematem niczym podróżnik, który po latach wędrówek i przygotowań odkrywa nowy zakątek na świecie (nowy oczywiście w jego świecie, gdyż dla kogoś innego mógł być on znany jak własna kieszeń). Od dawna niosłam już w sobie otwartość na inność i ciekawość pozamaterialnych przestrzeni życia. Nie oglądałam też sesji z całego świata, moją uwagę przykuła pewna włoska grupa. Na tamten moment nie mówiłam po włosku, ale pracowała z nimi Edyta, tłumaczka i dzięki temu część sesji prowadzona była dla klientów z Polski. Nie zastanawiając się zbyt długo, zapisałam się na swoją pierwszą sesję w roli klientki.
Każdy doświadcza sesji na swój własmy, indywidualny sposób. A nawet można pójść o krok dalej w tym stwierdzeniu i powiedzieć: każdy doświadcza każdej pojedynczej sesji na swój własny sposób. Sesja potrafi też zaskoczyć i odkryć przed Tobą historię, której absolutnie się nie spodziewasz, choćbyś ułożył(a) wcześniej w głowie milion scenariuszy. I dokładnie to się wydarzyło w trakcie mojej pierwszej sesji. Ogromne zaskoczenie, że sytuacja była aż tak poważna. Spodziewałam się raczej lekkich interferencji, w końcu na planie fizycznym nic strasznego się nie działo. Nie doświadczałam traumatycznych zdarzeń, nikt nie zadawał mi krzywdy. Nie było toksycznych związków, przemocy, krzyków, bójek, wypadków, przewlekłych chorób. Z takimi tematami przychodzili na sesje inni, stąd o nich wiedziałam. Moje nawet nie zbliżały się do tego kalibru. A jednak okazało się, że film wyświetlany na płaszczyznie fizycznej nie odzwierciedlał powagi, zatrważającej mnie wówczas, sytuacji w przestrzeni subtelnej. Po tej sesji wcale nie wyszłam lżejsza i zadowolona. Za to zdecydowanie w szoku. Ale... Jednocześnie nie wystraszona, nie zagubiona i nie słaba. Odezwał się we mnie mechanizm, który w kryzysowej sytuacji przełącza mój umysł w tryb odnalezienia się w sytuacji, klarownej oceny warunków i na bazie tej analizy przygotowania się do działania w najtrudniejszym, najtragiczniejszym wariancie. Zaakceptowałam również tę część mojej historii, którą usłyszałam z ust telepatki, pozwoliłam jej się przetransformować na mocy decyzji podjętych w trakcie sesji. Niczego nie wyparłam. Nie zanegowałam. Nie pozwoliłam się odezwać wewnętrznemu krytykowi. Mógłby ktoś powiedzieć, że paradoskalnie, choć dla mnie bardzo naturalnie - w tym jakby nie było trudnym momencie po raz pierwszy w życiu zaakcerptowałam siebie taką, jaką jestem. Spojrzałam we własne odbicie w lustrze. Szeroko otwartymi oczami. I tak oto z świadomością, że chodzi o rzecz najważniejszą, o moje życie, ale i ze spokojem w sercu postawiłam pierwszy kwantowy krok w wędrówce do siebie samej.
